h1

lewa lewa ręka

maj 21, 2008

Odkryłam coś niesłychanego, otóż mam ograniczone ruchy manualne w nocy, a to powoduje, że nie umiem dobrać takiej pozycji w czasie snu, by było mi wygodnie, nęka mnie to od paru dni, kiedy to moja ręka się zbuntowała i doszła do wniosku, że tak dla urozmaicenia się zwichnie, co pomyślała, to też uczyniła. Słowna jest niesamowicie. I co najlepsze trwa w swym zwichnięciu, a swym lekkim opatrunkiem gipsowym spoziera na mnie dziko i lekko się uśmiecha, że wreszcie to ona, lewa, jest w centrum zainteresowania, ale właśnie przez nią trudno mi zasnąć w nocy i trudno wstać rano, i co najlepsze mam pierwsze objawy starości i to wszystko przez zwichnięcie, bo otóż trudno także powstrzymać się od drzemki trwającej godzinkę albo minidrzemki tylko na pięć minut, albo drzemki spontanicznej, której miało nie być, i tak naprawdę jej nie ma, tylko po przebudzeniu, wygnieceniu jakiejś mądrej książki okazuje się, że jednak była. Otóż lewa ręka się mi rozbestwiła, czuje się jak królowa, jest obsługiwana, ale nic z tego sobie nie robi, bo lubi dawać o sobie znać dość często, ale znalazłam na skubaną sposób - sen. Łóżko jak zwykle mnie nie zawodzi, a dookoła stosy książek piętrzą się niespodziewanie szybko, różne kupki papierów, które trzeba przeskakiwać także rosną, w ogóle będąc w moim pokoju trzeba się nieźle nagimnastykować, by przejść go bez okaleczenia brakiem gracji moich książek, znaczy prawie moich, tak jakby moich, bo w końcu ja je wypożyczyłam z biblioteki. Może i w tych stosach kurzą się one, a terminy biblioteczne upływają niezauważenie i to aż tak, że przysyłają mi jakieś upomnienia, że niby ja przetrzymuję książki, gdyby tylko wiedziały te biblioteki, że to wina lewej ręki, która pozwala sobie za dużo! Ale cóż zrobić, przeca jej nie odrzucę, jakoś jestem do niej przywiązana, choć menda, małpa małpiasta, lama lamiasta, plama plamiasta. No i ostatnio złapałam się na tym, że jej w ogóle przez sen nie czuję, tak jakby jej nie było, bo otóż śpię, śpię i raptem czuję coś twardego, gniecącego mnie w brzuch, a wcześniej tego nie było, oczywiście opatrunek gipsowy powędrował z ręką tak, tak się wygiął, że zaczął się wbijać w ciało, no nie umiem spać z tą ręką, bo nawet jak grzecznie i ładnie się ustawię, pokieruję lewą tak, by leżała sobie grzecznie, mięciutko na poduszeczce to ona i tak myka na drugą stronę, nie dając spać normalnie i spać muszę w pozycji paralityka, nie wiem, dlaczego straciłam nad lewą ręką panowanie, przecież jestem od niej większa, powinna się mnie słuchać, ale nie, ona mną rządzi i decyduje o śnie, o tym, jak mam leżeć, wczoraj nawet myślałam, że ją zgubiłam, bo nie było jej na swoim miejscu miękkim poduszkowym, tylko gdzieś balowała po drugiej stronie łóżka, z drugą, prawą, jak zdołam zapanować nad zwichniętą ręką to wydam poradnik o wdzięcznym tytule: “1001 rad, by Twa ręka się Ciebie słuchała”, a co! Naprawdę jest to uciążliwe, gdy mówi się z czułością, wrażliwością do lewej ręki, a ona ma to gdzieś i robi swoje. A na pierwszym roku studiów, oj zamierzchłe czasy, przyszli to nas ankieterzy z pytaniami takimi jak: “czy rozmawiasz z jakąś częścią swojego ciała? Jeśli tak to z jaką?”, “Co Ci daje rozmawianie ze swoim ciałem?”, i ja głupia naśmiewałam się z tych pytań, a teraz dostrzegam sens tego, tak, tak, trzeba rozmawiać z częściami swojego ciała, może wtedy się uspokoją i nie będą się z nudów skręcać, łamać, nie będą miały ochoty na harce, zwichnięcia i inne moreny, a Wy z jaką częścią ciała rozmawiacie?

h1

w pustej szklance pomarańcze

maj 18, 2008

Dokonałam wielkiej rzeczy i muszę się tym moim wyczynem z Wami podzielić. Otóż zapragnęłam zrozumieć, co tak naprawdę tyle osób dostrzega w piosenkach zespołu Feel, dlatego któregoś dnia, jak oszalała włączyłam i słuchałam piosenek właśnie ich, chciałam to poczuć, tę magię, którą większość czuje, po prostu zakumać czaczę tej piosenki mi się zamarzyło. Jednak zdawałam sobie sprawę z tego, że może mi się to nie udać, wszak do tej pory krzywiłam się okrutnie na twórczość tych ‘artystów’, wiedziałam, że moja przenikliwość może nie dać rady odkryć tego sensu, że moja wraźliwość jest za mała, że nie jestem zbytnio czuła, że za dużo przeczytałam mądrych książek i mam spaczony gust literacki i przez to wszystko moje zrozumienie ich piosnek może polecieć na łeb, na szyję, ale wiecie co? Odkryłam! Odkryłam o co tak naprawdę chodzi w tych utworach, poważnie, już wiem o co chodzi! Czar jest ukryty w tekstach, które niosą szczególne przesłanie - nawet rzec bym mogła, że wartości chrześcijańskie są przekazywane w tych piosenkach.

“Jak anioła głos” - ostatnio jest non stop puszczany w radio, aż do znudzenia, ale czy zdajecie sobie sprawę, że w tej piosence facet zakochał się w zakonnicy? I tu jest ukryty tragizm, rozdarcie wewnętrzne! Otóż facet śpiewa: “jak anioła głos, usłyszałem ją” - porównuje głos kobiety do anioła, czegoś boskiego, dobrego, nieskalanego, a następnie śpiewa: “powiedziała patrz… Tak, to On“. Sprawa wygląda następująco, on ją kocha, chce ją zdobyć, chce się z nią spotykać, ale ona pokazuje mu Boga, że wybrała tego, który stoi na rozstaju dróg i wskazuje tę właściwą, dobrą drogę, ona nie będzie z młodzieńcem, niestety… (“na rozstaju dróg, stoi dobry Bóg, on wskaże Ci drogę”) - ona jest zakonnicą, rozdartą między służbą Bogu, a tym młodzieńcem, który do niej śpiewa, ale ona tylko będzie mu wskazywała Boga, będzie starała się młodzieńca nawrócić, będzie marzyć o tym, by o niej zapomniał. Ale on chyba jest w niej tak zakochany, że słucha się jej i dostrzega obecność Najwyższego - widzi Jego obraz (już pod koniec dnia, widzę obraz Twój, widzę miejsca w których byłem, widzę ludzi tłum) - on już widzi Boga, to dzięki niej, wszak mu go wskazała, wskazała mu jego miejsce pobytu, czy to nie jest piękne? I jaki z niego poeta: “Już pod koniec dnia, pustej szklanki dźwięk, to chyba sen”! - też bym myślała, że śnię, skoro raptem był sok, a potem go nie ma, hmm, może zapomniał, że go wypił? Zdarza się, naprawdę! “Już pod koniec dnia, widzę obraz Twój. W pustej szklance pomarańcze, to dobytek mój” - a to moja perełka, czarodziej!! W pustej szklance ma pomarańcze! Jak ktoś mi to wyjaśni, to podziękuję za to - czyżby to był cud i to na skalę światową? Pusta szklanka i niewidzialne pomarańcze? A może pomarańcze były, a potem się zmyły? “Już pod koniec dnia, pustej szklanki dźwięk, to chyba sen” - czyżby już swoje wszystkie pomarańcze zjadł i nie może uwierzyć, że sam nie podzieliwszy się z nikim je opędzlował? Tja, ja też bym myślała, że śnie - wszak zjeść pomarańcze z pustej szklanki tak by została pusta szklanka to wyczyn niesłychany!! A potem śpiewak nasz powtarza w kółko to samo.

Cuda cuda, miłość, miłość! A jednak mamy rząd cudów! Szukajcie od dziś w pustych szklankach pomarańczy - fala cudów musi i do Was dojść!! Kurczę, a w mojej jak była pustka, tak nadal jest. Chyba mam wybrakowaną pustą szklankę!

h1

wesoła twórczość - los lubellos!

maj 13, 2008

Przyznaję się, kocham denne filmy, seriale i moje Bollywood, ale nawet swego czasu pałałam wielkim uczuciem do telenowel i przygnębia mnie myśl, że tyle osób nie potrafi poczuć tego żaru do takowych produkcji, dlatego ja - towarzyszka Color, pełna zapału i chęci zaczynam pracować nad Wami Obywatele, musimy razem dokonać przełomu, dlatego z wrodzoną Wam wrażliwością, czułością wczytajcie się w jakże prawdziwą, życiową historię pewnego mężczyzny i jego najbliższych. Ma ona Wam obywatele otworzyć oczy i napełnić serca miłością do telenowel.

W pobliżu wygasłego wulkanu, gdzie gwiazdy mrugają i świecą nieprzeciętnie jasno, w zaroślach zieleńszych niż szczypiorek, w pobliżu ekskluzywnej willi Don Antonia Alechandrosa Jose Garciosa Mendosy rozgrywa się jakże romantyczna scena: ptaki słodko kwilą, woda nuci piosnkę płomienną jak zorza “Zostańmy razem”, a kwiat mimozy pachnie rozkosznie, wywołując efekt AXE, któż zdoła się takiej woni oprzeć? Ach, na długo pozostać można pod wpływem czaru, który wydostaje się z kielicha kwiatowego. Nawet słońce otula swymi promieniami strudzonych wędrowców, tak, że czują wiosenne ukojenie po ciężkiej drodze. Trzask, prask! Przez ciszę przedostaje się szept, cichy, cichszy, najcichszy, krzyk! To zza drzew, których liście podrygują radośnie, skocznie w rytm kwilenia ptasiego, wyłania się czarująco, uroczo słodka córka Don Antonia - Josefina, Juanita Mendosa o włosach bujnych, długich i czarnych jak noc, ustach tak pełnych jak rogalik pełen czekolady! Owe dziewczę udaje się na spotkanie ze swoim kochankiem o twarzy nieskalanej inteligencją, włoskim ogierem, lecz jakże biednym pastuszkiem z pobliskiego puebla - Ricardem Danielen Puesto. Ich uczucie skazane jest na na wieczną tajemnicę przed toksycznie zazdrosnym zazdrością potrzebną w relacjach na froncie ojciec-córka, Don Antoniem, dla którego jakże ważny jest status społeczny. A biedny pastuszek z pobliskiego puebla ma tylko sombrero, meksykańskie spodnie Made in China i dwie wdzięczne za niezjedzenie lamy - Esmeraldę i Rosalindę. Narrator nie chce zdradzać cóż ów pastuszek w samotne, zimne noce z nimi wyprawiał.

Ricardo: Jose!
Josefina:
Miamor!
Don Antonio: Hey! Que passa?!!

Don Antonio wyciąga swoją jakże ekskluzywną, wielkanocną, śmigus dyngusową, nowoczesną broń na wodę i oddaje strzały - jeden, po drugim. Jednak Ricardo i Josefina uciekają niezadrapani żadną kroplą wody, niezaspokojeni pocałunkami. Zostawili rozczarowanego swym chybieniem Don Antonia w pięknych zaroślach. Wnet podchodzi do niego Paloma, jego małżonka.

Paloma: Dowiedziałam się, że zdradzałeś mnie z Conchitą, Luz Mariją, Dolores i Manuelą, ale jak mogłeś to zrobić z Glorią, moją najlepszą przyjaciółką? Jesteś łotrem, Antonio!
Don Antonio: O mamos! (wielce zdziwiony) A skąd to bejbos?
Paloma: Jesteś don banditos zdrajcos!! (uderza go z łopaty, bo z liścia zbyt subtelnie)

Następnie wyłania się zza krzaków Josefina, która przerażona, zapłakana, ledwo potrafi połączyć litery w słowa, a słowa w zdania.

Josefina: Don Antonio! Mówiłeś, że jesteś moim ojcem! I wiesz co? Wcale nim nie jesteś!

Wnet drzewa zaczynają śpiewać:
Droga Josiu, gdzieś Ty była?
z kim żeś bimber słodki piła?
taki trunek, proszę Josi,
tylko wariat z sobą nosi.
Nie, bo byłam u pastuszka,
studiowałam przydatność łóżka
uczyłam się czytać i pisać,
no i przy tym też kołysać.
Chodziłam tam miesiącami,
zasłaniając się sekretami
Przyjaciółka się dowiedziała,
i od razu mamie powiedziała.
Mama na to jak na lato,
nie krzyczała nic mnie za to,
ojciec na to jak na zimę,
dogadywał co godzinę,
bo zupełnie nie pamięta,
co wyprawiał za studenta.

Josefina zdezorientowana śpiewem palmy długiej i palmy karła: Bo Ty, Ty, yyy, no właśnie kim Ty dla mnie jesteś?
Wchodzi Ricardo: Całe życie nie wiedziałem, że jesteś moim ojcem, tułałem się po świecie samotnie z lamami, nie pamiętam już ile razy lichwiarka wylewała na mnie swe pomyje, bo leżałem pod jej schodami nędzny i cuchnący, tak prawie, że nie odróżniałem się od błota. (Wiatr rozwiewa włosy Ricarda bezwładnie, a on odgarnia je tak lekko z czoła dłonią zaznaczoną pracą) Żyłem w niewiedzy, której nikomu nie życzę (zapada chwilowa cisza, Ricardo podnosi wzrok ku górze) Moje ciało przechodził dreszcz zimnych emocji związanych z człowiekiem, który chciał mnie rozdzielić z ukochaną, który okazał się moim ojcem - krew w krew (schylił się, by wziąć w garść ziemię i puścić ją delikatnie, po czym opuszcza ojca).
Przybywa Milagros Lusinda:
Miałam być Twoją bejbe! Mówiłeś “foczko ma, dżago ma, choć kochanko, pójdziemy na sianko, będziemy razem na wieki” Kłamałeś, a ja Ci wierzyłam! I pomyśleć, że czyściłam Twoje los sedesso. Już nigdy nie upiorę Twoich los majtos, los skarpetos i … los stanikos. Sam będziesz sobie wiązał los sznurowadłos i zapinał los rozporos!! Jesteś łotrem Don Antonio!
Nieznana Soraja: Don Antonio, jestem córką Twojej córki. Przez tyle lat nie zauważałeś mnie nawet, a ponadto jestem w ciąży z Twoim szwagrem zięcia Twojego stryja ze strony brata dziadka cioci Esmeraldy.
Don Antonio: yyy… czyli to kim on jest dla mnie?
Już nie taka nieznana Soraja: Twoim przyrodnim bratem bliźniakiem.
Don Antonio: Jestem najgorszym mężem, kochankiem, przyrodnim bratem bliźniakiem, kucharzem, malarzem, sprzątaczką i ojcem! Muszę ze sobą skończyć!
Pani: Skoro musisz ze sobą skończyć, to może trumienka się przyda? Z porządnego, bukowego drewna i robaczek się nie przedrze, zapasowa butla z tlenem w wyposażeniu, kilmatyzacjonos, żebyś za szybko się nie rozłożył. No i alarm, gdyby chcieli Cię odkopać.
Pan: Zaraz, zaraz, tutaj ja jestem los agentos ubezpieczenios na życios, reprezentujos firmos Los Lubellos, proponuję tutaj panu ubezpieczonko na życios i takie tam inne pakiety… Tak, proszę pana tu podpisać, tak, gracios.
Don Antonio: BYCIOS CZY NIE BYCIOS - OTO JEST PYTANIOS!

Czy się zabije, czy też nie - obywatele drodzy, drodzy czytelnicy, miłośnicy dowiecie się w następnym 1598 odcinku telenoweli “Los Lubellos”.

h1

brak logiki

maj 10, 2008

Ostatnio sen z powiek spędzają mi pewne przedmioty. Niby z pozoru błahe przedmioty codziennego użytku wtargnęły się do mojej głowy i nie chcą stamtąd wyjść, zajmują wiele miejsca, dręczą, i już nawet powoli męczą. Ostatnio widziałam na wystawie sklepowej taką śliczną solniczkę i równie cudną pieprzniczkę - komplecik kotów, które wyglądają jak krówki - swoim kształtem mnie urzekły, poważnie! Dodatkowo zaczęły z tej wystawy do mnie wołać tradycyjnie: “kup mnie, kup, będziemy ślicznie się prezentować w kuchni” - te słyszenie głosów w pewnym sensie jest uciążliwe, bo po pierwsze primo nie umiem im odmówić, po drugie primo - gdy wchodzę z nimi w konwersację ludzie stojący obok jakoś tak dziwnie się na mnie patrzą. Czy oni nie słyszą tych błagalnych próśb kupienia jakichkolwiek rzeczy? A może to ja jestem na tyle wyjątkowa, że te rzeczy pragną, bym to ja je zakupiła i tym samym stała się ich właścicielką? Jeszcze nie rozgryzłam mechanizmu słyszenia przeze mnie głosów, ale myślę, że w niedługim czasie mi się to uda i wtedy, skubane mnie popamiętają, i już nie będę wydawała pieniędzy na rzeczy, które do mnie mówią! A co, będę twarda! Ale wracając do swoich kotokrówek to oczywiście nie wiele myśląc zakupiłam je - jeden kotokrówek czarny, drugi kotokrówek biały. Zadowolona, niosę je z zamiarem wsypania do białej kotokrówki soli, a do czarnej kotokrówki pieprz. Pędzę do kuchni, biorę sól i tragedia! Poważnie, ja się tak zastanawiam, czy ktoś też ma takie problemy jak ja, ale poczułam się oszukana i lekko zdezorientowana, bo otóż moja cudowna biała kotokrówka posiada tylko jedną dziurkę, a czarna kilka - a wiadomo, że więcej dziurek na sól, a mniej na pieprz, ale te kolory przecież są mylne, przecież biały oznacza sól, a czarny pieprz, przecież nikt z gości mych nie będzie patrzył na dziurki, by zgadnąć, zgaduj zgadula, gdzie ukryta dana przyprawula, a wsypanie soli do pojemniczka z mniejszą ilością dziurek mnie straszy. I tak się zastanawiam co za cep wyprodukował solniczkę nadającą się na pieprz, a pieprzniczkę na sól!! Tu nie ma logiki, naprawdę, próbowałam to pojąć, ale nie umiem i nie wiem, co z tymi moimi kotokrówkami począć, wszak są wybrakowane, ale nie mogę ich porzucić tylko dlatego, ze są wybrakowane, troszkę upośledzone, nie chcę by były bezużyteczne, ale jeśli wsypię sól i pieprz zgodnie z dziurkami to na pewno nikt nie zgadnie, że w czarnym jest białe, a w białym czarne, a gdy wsypię zgodnie z kolorami, to jak ktoś sypnie sobie pieprzu, to lepiej nie mówić. No co? Ma się dylematy!

h1

bez tytułu dla tytułu

maj 7, 2008

”(…) Kiciu z Cheshire - zagadnęła go…
- Czy nie zechciałbyś mi powiedzieć, którędy mam teraz iść?
- To zależy w dużym stopniu od tego, gdzie chcesz dojść - odpowiedział kot.”

No i ja się dziś czuję tak, jakbym była na tym obrazie, widzicie mnie? Tak właśnie działa myślenie - no bo jak tak się uruchomi tę machinę myślenia to potem wychodzą pewne kwiatki, a ja już nie wiem czego chcę i nie wiem dokąd mam pójść - jednak prawdą jest to, że trzeba uważać na to o czym się marzy, ponieważ może się to spełnić. Nadszedł czas obnażenia się ze swoich emocji, ale wszak tłumienie ich jest ponoć niezdrowe, więc drodzy czytelnicy dostałam szansę, o której marzyłam chyba od zawsze - mogę studiować w Niemczech dwa lata, w Monachium, wystarczy, że złożę papiery do 30 czerwca, tak tyle, że naprawdę nie wiem, czy chcę teraz wyjeżdżać, z jednej strony chcę, ale z drugiej już mnie coś zatrzymuje, i teraz będę zrzędzić, żmędzić, bo sama nie wiem, czego chce, a może Wy wiecie czego pragnę?

h1

priorytety

maj 4, 2008

Jakieś trzy tygodnie temu odwiedziłam sklep z kosmetykami w celu zakupienia najpotrzebniejszych rzeczy, bez których moje życie nie wyglądałoby tak jak wygląda. Dylemat miałam wielki, gdy w jednej ręce trzymałam balsam brązujący, a w drugiej wyszczuplający. Jednak wiadomo, że priorytety na pierwszym miejscu, więc jeden balsam przegrał z kretesem - wszak czy to nie jest cudowne kupić sobie balsam, dzięki któremu będzie się szczuplejszą w trzy tygodnie? I to wcale nieprawda, że ulegam jakimś mądrym, naukowym reklamom, tak po prostu jest. Smarujesz, balsam się wchłania i wyszczupla całe ciało. Tak, niestety, moje ciało nader uparte - bo po tych trzech tygodniach mogę stwierdzić, że mój balsam jest jakiś feralny, wybrakowany, czyżby mnie oszukano? Mnie konsumentkę wiernie wydającą pieniążki na przeróżne kremy, mazidła, pachnidła? Czy to może moje ciało nie daje się jakiemuś balsamowi omamić, wszak czemu ma się go słuchać i się wyszczuplać? Skoro woli tylko pachnieć pięknie i być odpowiednio nawilżone? Czemu mój balsam ma działać i mnie uszczęśliwić nicnierobieniem w kwestii odchudzania, gdy inni walczą uparcie, głodzą się, ćwiczą, wyciskają siódme poty? Tak, chciałam byś sprytna, ale to balsam mnie wystrychnął na dudka. Ale to jest jego celowa polityka, no bo najpierw jego producenci zarzucają mnie ulotkami, które notabene czytam, by po chwili stwierdzić, że te wszystkie ubytki przedstawione w ulotce mam i potrzebuję tego kosmetyku, by siebie ratować, bo okazuje się, że ruina, totalna ruina. I wiecie co? Już nie zaufam żadnemu ładnie pachnącemu balsamowi, o tototo nie. No i miały być cuda, cuda, cuda, miłość, miłość, a tu nawet balsam nawala. Się pożaliłam, się kobietą jestem, się mogę narzekać bezkarnie, a co! ;]

h1

o dziwnej przypadłości

kwiecień 23, 2008

Dziś o dziwnej przypadłości, co zowie się wstawaniem, wstawaniem o nieludzkich porach. Tak, przyznaję się, cierpię na niemoc wstawania, ja po prostu nie umiem zareagować na dzwoniący budzik, dobrze jest jeśli go w ogóle usłyszę, nie wiedzieć czemu, rano wszystko jest przeciwko mnie, poważnie, tak jakby cały świat się na mnie uwziął. Te nieludzkie pory wyzwalają we mnie kobietę dziką, która to najchętniej zniszczyła, rozwaliłaby budzik, potem zbiła lustro, zrównała z ziemią kuchnię - i wróciła jako barbarzyńca do łóżka, które notabene jest odpowiedzialne, a nawet rzec bym mogła, że winne tego, że mam tak wielkie trudności ze wstawaniem, wiem, że to mój przyjaciel, ale, niestety, nie pomaga mi za nic, tylko zachęca, omamia swoim ciepłem, swoją gościnnością, za nic ma to, że za pare chwil zaczynają mi się ćwiczenia, na których muszę być i kropka, ale nie, to łóżko razem ze zdradzieckimi poduszeczkami, kołderką, kocykiem tak mnie nęci, zwodzi, że ja biedna nie mogę się mu oprzeć, choć bardzo próbuję, ale ich jest więcej i jakoś tak mącą mi w głowie i sprawiają, że zaczynam sama ze sobą prowadzić dialog, w którym to nawet odzywa się rozsądna osoba: “ale jeszcze tylko 5 minutek poleżysz i wstajesz, dobrze?” na co odpowiada krętacz, który siedzi we mnie: “tak, tak wstanę na pewno, jak minie te pięć minut, wszak tyle czasu jeszcze mam”. No i ja się kładę na te pięć minut, naprawdę tylko na nie, i gdy już otwieram oczy, spokojna czasu, tego, że mi się udało wstać, zerkam nieśmiało na zegarek, który mnie straszy, poraża, bo jakimś cudem, minuty przyśpieszyły jak na złość i godzina diametralnie się zmieniła, okazuje się, że te moje pięć minut trwało prawie godzinę… Przykre to jest, bo ja naprawdę się staram, naprawdę chcę, ale cóż począć, jak tylu wokół mnie podpuszczaczy? Nawet nie zdajecie sobie sprawy jak trudno się oprzeć takiemu subtelnemu głosowi łóżka, które to rzecze do mnie: “zostań, poleż sobie, pośpij chwilkę, zdążysz, masz tyle czasu” no i ja się tak daję podpuścić, jak durna, ciągle wierzę w dobre intencje tego łóżka, ale ono mnie zwodzi i przez niego mam opinię śpiocha. Mój przyjaciel zawodzi. Wyczołgiwanie się z łóżka nie jest takie proste, to jest swoiste poświęcenie, odrzucenie przyjemności w imię obowiązków, w imię nauki!! Szkoda, że niektórzy nie doceniają w ogóle tego mojego poświęcenia.

Poza tym to ja nie rozumiem, czemu niektórzy śpią o takich pięknych nocnych porach, położenie się spać o 2, 3 jest cudowne. Ale ja tak miałam zawsze, wtedy gdy inni spali to ja nie mogłam, a gdy trzeba było wstać, to ja spałam. Zaczęło się niewinnie w przedszkolu, w porze leżakowania, panie nas kłady, szykowały do spania, ale gdzież to spać, kiedy można pogadać z innymi dzieciakami - myślałam, tak więc moim głównym celem w przedszkolu, było rozbudzanie swoich kolegów, całkiem sensownie mi to wychodziło, niestety, paniom przedszkolankom to się nie podobało <do tej pory nie wiem, dlaczego> i postanowiły, że mnie nie dopuszczą do leżakowania, tak, tak, odebrały mi to zabierając mnie do dzieciaków z zerówki, tam już nie mogłam nikogo budzić, rozbudzać, takie to życie jest, no!

A wracając do tego mojego budzenia, to gdy już mi się nawet uda jakoś wyjść wyczołgać z łóżka, wyjść z domu tak, by ledwo zdążyć <ciężka walka z samą sobą, łóżkiem, ciepłem, wszak ranne wstawanie nie należy do najzdrowszych czynności, powoduje dreszcze, czasem przyśpieszenie serca, palpitacje, stres związany z koniecznością zareagowania na popierdułkę, która to próbuje mnie zwlec z łóżka> to co się okazuje? Tak, trajtek nie przyjeżdża punktualnie, na dworze chlapa, chlupa, błoto, deszcz <wcale mnie to dziwi wszak to jest poniedziałkowy ranek> a ja czekam z głową pełną myśli typu “a mogłam tyle minut dłużej poleżeć sobie, powygrzewać się”, trajtek przyjeżdża wreszcie, po kilkunastominutowym spóźnieniu, siedzę, wyjmuję z torebki książkę, wszak nie będę bezczynnie siedzieć, wysiadłam z trajtka, pod pachą książka, sznurówka rozwiązana, to trzeba ją zawiązać, mądra przecie jestem to kładę książkę na takim biało-czerwonym słupku, co to ma blokować samochody przed wjazdem na dany teren, no i cudowny wiatr, nie wiadomo skąd i jak, zrównał “Dumę i uprzedzenie” z błotem, z jedyną kałużą, która była w zasięgu mojego wzroku, książkę wszak ratować trzeba, chusteczek nie ma, jak dobrze mieć apaszkę, która teraz już nie nadaje się do niczego, książka była z biblioteki może nikt nie zauważy? Cudowne ranki, aż chce się wstawać i chodzić na zajęcia, a i oczywiście na zajęcia trafiłam spóźniona i nikt nie uwierzył, że to trajtka wina, no bo to naprawdę była trajtka wina. Chociaż wiem, że mój przyjaciel chciał dobrze, no i mogłam zostać w tym łóżku, no bo na co mi jest to wstawanie, no na co? No czemu tak mam cierpieć?

h1

wielkie poszukiwania

kwiecień 19, 2008

Koniec świata, czas umierać, założyłam bloga, chociaż ten fakt powinien mnie nie dziwić, taka kolej rzeczy, wszak po buszowaniu na forum, poznaniu przeróżnych świrów, spotkaniu się z nimi na zlotach, utrzymywaniu z nimi kontaktu, powinien przyjść czas na bloga no i przyszedł. Miał być różowy, ale nie wyszło, a ten rodził się w wielkich bólach. Nie, ja się nie nadaję do tego wszystkiego, co jest związane z komputerami, trzeba mi wyraźnie pokazać paluchem ‘tu kliknij’ wtedy może skojarzę co i jak. Tyle tytułem wstępu. Otóż chciałabym się podzielić tym, jak zakończyła się moja paromiesięczna akcja związana z szukaniem książki Stachury “Fabula Rasa” w celu jej zakupienia. Oczywiście większość osób z mojego otoczenia zatrudniłam do szukania owej książki, a co, niech popatrzą w swoich pięknych miastach, czy przypadkiem w jakiejś księgarni, antykwariacie nie znajduje się mój skarb, który czeka na to, bym go kupiła i ślicznie trzymała pod poduszką. Tak, tak, po książce ani śladu, nigdzie, Stachura na uboczu ze swoim dziełem, już nie sprowadzają, bo wstrzymano druk, bo nikt tego nie kupuje, niewspominając już o samym czytaniu, tylko ja jakaś się znalazłam, która obleciała wszystkie lubelskie księgarnie, antykwariaty, czasem nawet do takowych antykwariatów zaglądałam po parę razy. Nawet pewien uprzejmy pan, gdy zobaczył mnie trzeci raz u siebie po usłyszeniu mojego piejliwego “dzień dobry” od razu powiedział: “nic się nie zmieniło, nie mamy”. Na pewnym spotkaniu z pewnym panem usłyszałam, że ta książka została wydana w wersji jeansowej, którą w domu posiadam, ale, niestety, mamy tylko 3 z 5 pozycji, więc nadal szukałam. I dzisiaj, gdy pisałam Bardzo Mądrą Pracę w dojczlandzkim narzeczu, potrzebowałam pewnej książki, która oczywiście została sprytnie schowana w jakieś pudło w garderobie, szukam, grzebię po tych pudłach, aż tu wyciągam Stachury mój skarb, poczułam się jak magik wyciągający białego królika, ba, to uczucie, które mnie w tamtej chwili ogarnęło było mieszanką wybuchu śmiechu, podekscytowania, radości, śmiania nie zdołałam opanować. Tak, pod latarnią najciemniej, oczywiście gdy moja mama zobaczyła mnie na środku korytarza, skuloną, śmiejącą się do książki powiedziała - ‘no u nas wszystko jest, co potrzebujesz, przecież mówiłam, że mamy Stachurę”. Taak, żebym to ja tylko na to wpadła, że obiekt moich westchnień jest tak blisko mnie, za ścianą. Któż mógł się tego spodziewać? W wolnej chwili muszę popatrzeć, co mamy w piwnicy, może przypadkiem czeka tam na mnie garbus, wszak nigdy nic nie wiadomo, co leży zakurzone w tej domowej, piwnicowej graciarni! Szukam, poszukuję i czuję się jak Color Odkrywca! To nawet do mnie pasuje, jeszcze załatwię sobie kapelusz, strój specjalny i mogę szukać tego, co nie jest zgubione ;p A poza tym to ‘loffciajcie i komciajcie’ - no co? Musiałam tak zakończyć i chociaż raz poczuć się jak dżusi, dżezi, trendi nastolatka!!