A w głowie tęcza myśli – różnorakich, przeplatających się zgrabnie jak kolory na tęczy – z głowy bucha mnogość warstw myślowych, a cień pozostawia po sobie nieprzyzwoitość, rysę zaznacza pewien bełkot, wgłębienia tworzy sens – moja tęcza myślowa ma dziwny kształt, czuć ją także zapachem, dźwiękami. Otóż szumią mi litery, słowa, wersy, zdania, a także pojedyncze znaki interpunkcyjne.
Noce znowu przeznaczam na wizualizację niestworzonych rzeczy, nieprawdopodobnych historii, próbuję zachłysnąć się słowem nieświadomie, czasem mi się wydaje, że to taka zabawa, igraszka nocna ze słowami – ja swoje, one swoje – ja jedna przeciwko tysiącu słowom, które chowają się przede mną, nie dopuszczają do zwerbalizowania pewnych myśli, do zobrazowania w jakiś sposób rzeczywistości, ja i słowa, które mnie bombardują, których nie chce dopuścić do siebie, a które w sposób nonszalancki rozbijają delikatną skorupę chroniącą mnie przed takimi skrzywionymi dziwami, których dopuścić do siebie nie chcę.
Wczoraj na ten przykład kłębiło mi się w głowie takie jedno zdania, trochę brutalne, ale krótkie, w języku polskim wypowiedziane – nieważne jak brzmiało, istotne, co ja z nim wyprawiałam! Przestawiałam szyk, tworzyłam neologizmy, dopowiadałam kwantyfikatory, uzupełniałam skróty myślowe zaskakującymi ideami.
I co? No i właśnie nic takiego. Za mało w tym wszystkim pewnej dozy tajemnicy, za mało odkrywczości, za mało subtelności, za dużo: “to już było, było, znowu było”, za dużo powtórzeń, jakby już wszystko zostało na tysiące różnych sposobów wypowiedziane i co ciekawsze, albo nawet i wszystkie wariacje dotyczące słów, zdań, przekazywania myśli się wyczerpały i nie pozostawiały żadnej możliwości, by wyrazić coś po swojemu, coś, co odkryję ja pierwsza, i powiem to tak, że jeszcze tak powiedziane nie zostało.
I najdziwniejsze, że można komuś mówić tysiąc razy jedno i to samo zdanie w różnych odstępach czasowych, a i tak zdanie to uleci i nie zostanie zrozumiane, choć było już tyle razy wypowiedziane. Można łapać się mieszanki różnorodnych konwencji językowych, a i rejestry mogą być w cenie – garść surrealizmu, postimpresjonizmu, postmodernizmu, romantyzmu wymieszać w jednym kotle i przetworzyć konkretne zdania tak, by brzmiały, jak jeszcze nie brzmiały.
A w mojej głowie chybocze się niewidzialne, niewyrażalne, niewyobrażalne – niewidzialneniewyrażalneniewyobrażalne i to właśnie rozbija resztki mojej finezji, te nutki dekadencji, krople subtelności, grady złośliwości.
Widzę obrazy, najchętniej na różne pytania dotyczące stanu umysłu, samopoczucia, nastroju pokazywałabym obrazy. Jakby kształty i kolory ukazywały wszystko, co możliwe, co siedzi we mnie. Cudownie przez jakiś czas byłoby wyrażać siebie tylko dotykiem, zapachem, gestem, mimiką – obrazem – jak w niemym filmie.
Być totalnym empirykiem. Albo tylko przez jakiś czas. Formą się komunikować, bez treści.
6 komentarzy
Komentarze RSS Identyfikator URI TrackBack
Dodaj komentarz


Wszystko już było. Dlatego mamy intertekstualność ;]
Spojrzałem na tę kobyłę w tytule i przestraszyłem się, żeś po niemiecku zaczęła blog prowadzić ;p
Jak dobrze, że to fałszywy alarm ^^
rzeczywistość jest cieniem słowa :)
Odnoszę wrażenie, że gdzieś już to czytałem, że gdzieś już coś takiego było…
Do niektórych ani słowo, ani obraz nie trafi. Bo nie chcą, by trafiły.