Czasem patrzę w ogień zwyczajnie, naturalnie, pochłaniam kosmos wnikliwie, nieprzenikalnie, popadam w obłęd nieświadomie, radośnie, przeżywam szaleństwo maniakalnie, nieprzemakalnie, tańczę na trawie wśród liści błogo, naiwnie, płaczę z deszczem łzami czystymi, wielkimi, szukam czarodziejskiej kuli na próżno, uparcie, choć zna odpowiedzi na pytania ważne, trudne, upajam się słowami mistrzów mych tajemniczo, skrycie.
Rozkoszuję się zapachem powietrza wilgotnego, podeszczowego, wsłuchuję się w ciszę niezmąconą, nienaruszoną, wolnymi chwilami górami żyję niespodziewanie szczęśliwie.
Lubię ludzi niedenerwujących mnie ogromnie i ciągle. Muzykę słuchać gdy ciszy pojąć nie mogę, spać długo, nieprzerwanie, w łóżku leżeć do południa ciepło, maniakalnie.
Wylewać myśli z głowy poocierane, poucinane, nieskończone, byle szybko, byle własne myśli lubię, choć brzmią chaotycznie, strasznie, straszniej, najstraszniej, niezrozumiale, niepoukładanie, byle by wszystko co w głowie siedzi wypuścić, wszystko, wszystko, by się dokładnie zmieściło w przekazie mym, własnym, prywatnym, osobistym.
Wszystko nieustannie dzieje się, dzieje się ten opis, potrzebny człowiek, by wydarzyło się wydarzenie – tworzę wydarzenie, bo piszę, składam litery w wypowiedź.
Mam ADHD i piejak ze mnie straszliwy – to wszystko wyjaśnia dokładnie, prosto, namacalnie. Najchętniej spędziłabym większość swojego życia na kontemplacji, myśleniu o rzeczach błahych, cichych, ukrytych, wyszukiwaniu spisków, tajemnic, używając słów, których nie rozumiem, wszak lubię udawać mądrzejszą niż jestem, co teraz czynię, irracjonalności mojego zachowania już nie wytłumaczę, bo dawno absurd, ironia, sarkazm się wkradły do mojego życia i mną zawładnęły – poddałam się żelatynie, która to owładnęła mną całą, owinęła wokół palca – carpe galaretka! Truskawkowa, malinowa, pomarańczowa, daj mi galaretkę, a zrobię, co zechcesz, powiedz swój ulubiony smak, a powiem Ci kim jesteś, mam poczucie koloru i lubię kolory, paplać się w nich i kąpać, przebierać, mieszać, fiolety, czerwienie, róże i żółcie, niebieskości – być tęczą chodzącą po chodniku szarości, gdybym mogła jadłabym ciągle wszystko, co kolorowe, pachnące, jednolite, duże, tuczące, zdrowe, kaloryczne, hermetyczne, niezdrowe, zatrute, wszystko, co nie nazywa się oliwką i nie wygląda jak oliwka. Uwielbiam oglądać bollywoodzkie filmy godzinami, paplać się w tych naiwnych historiach, płakać na nich, gdy on z nią już być nie może, choć bardzo by pragnął – na reklamach się uspokajam, jeszcze nie płaczę, choć smażone warzywa, mięso duszone mogą mnie wzruszyć. Huśtawki, karuzele bujają mną jak chcą szybko, aż do zawrotu głowy, do zmiany koloru przed oczami, karuzeluję się z gwiazdami do utraty tchu, zerwania bzu. Nie trawię róż, róż ze wstążką i róż bez wstążki, banalnych komplementów nie przełknę i nie wyduszę ich sama, jestem wredna, złośliwa, ironiczna, sarkastyczna, niepodzielna, działam na skarpetki, dziwię, choć czasami zadziwiam, straszę, boją się mnie, a Buką nie jestem. Jeżdżę autobusami na smyczy, zwanymi trajtkami, bujam się w nich łapiąc jedną obręcz za drugą. Kraczę na gołębie i skacze jak krasnal po mieście, mówiąc ludziom “dzień dobry”. Mam własne zdanie, i jest ono moje, nie oddam, będę bronić, wszak racja jest po mojej stronie, prawda? Nie potrzebuję pierścionka zaręczynowego do szczęścia, ani drogich prezentów.
Chcę mieć jak najmniej Przyjaciół – i Mam.
Wypuszczam słowa z ust z prędkością błyskawicy. Błyskawic się boję, i os i pszczół, choć osy straszniejsze od błysków, grzmotów. I jeszcze nie umiem biegać, bo biegam z pięty na palce i oddechu złapać nie mogę. Jestem popaprańcem, lubię pisać po niemiecku, czytać wszystko po niemiecku, i w ogóle niemiecki razem z łaciną to cudowne języki, bez których życia sobie nie wyobrażam. A i szaleńcem jestem, bo krążę po internecie, wyławiam świrów z wszelakich portali forumowych, zadaję się z nimi, ba, lubię ich, uwielbiam ich, spotykam się z nimi, zapraszam do siebie, jadę do nich. I .. i … już nie będę pisać, bo wyjdzie mi biografia nędzna, polana wodą, nudna, szemrana, sugerująca, imputująca, insynuująca. A zanudzić swych czytelników to grzech okrutny, dysonans, to tak jakby nie zauważyć w betonowym mieście tej stokrotki, która ledwo dycha.
A i mamba malinowa to jest coś, tak jak mentosy owocowe.
5 komentarzy
Komentarze RSS Identyfikator URI TrackBack
Dodaj komentarz


Ładny opis, ciekawie napisany. Bardzo przyjemnie się czytało mimo, że niewiele nowego się z niego dowiedziałem ^^
Wszystko fajnie, więc jeszcze list motywacyjny i jeśli zostanie pani przyjęta, to się odezwiemy ;]
Ładnie, ładnie, powiedziałabym nawet, że niewiele imputujesz i sugerujesz, nawet niewiele, Colorku, koloryzujesz – sporo zgodnego z prawdą po prostu :)
Living Colour w rzeczy samej, indeed!
Is this a True Colour … Shines On Me?
Jestem pod wrażeniem. Język, którego używasz i styl jakim piszesz jest wprost fenomenalny. Pozdrawiam :).