zła cebula, zła!

Reaktywuję się, reanimuję. Zdrowieję. Niedowład pisania zanikł. I to dzięki Poznaniowi. Naprawdę. Nadszedł owocny czas dla mnie, Poznań mnie inspiruje, dostarcza wielu wrażeń, wspomnień, doświadczeń. Jestem nowym człowiekiem i to takim z godnością. Z każdym dniem zyskuję na wartości, co bardzo mnie cieszy. Wystarczyło – wg jednego mędrca poznańskiego przyjechać z Polski B do Polski A! Poważnie. Może Wy o tym nie wiecie, ale mieszkając w Polsce A, tzn. chociażby tu, w Poznaniu dostaje się godność gratisowo i dodatkowo zyskuje się człowieczeństwo.

Tak więc ja odkrywszy w sobie pokład godności i człowieczeństwa poczułam się tak naprawdę pierwszy raz w życiu wartościową osobą, wszak wcześniej nawet nie byłam człowiekiem – tak naprawdę to nie mam pomysłów na to, kim byłam, ale niedługo się z pewnością dowiem, a jeśli nie, to trzeba przyznać, że ma przeszłość jest totalnie szemrana i podejrzana. A dziś dowiedziałam się kolejnej rzeczy i to dzięki zwerbalizowaniu swojego małego pragnienia.

Otóż naszła mnie ochota na pięknego, dorodnego i co najważniejsze niedrogiego, po prostu taniego, niestraszącego ceną cebularza – o dziwo me niby ciche pragnienie zostało usłyszane przez mędrca, który potrafi sprowadzić każdego na właściwą drogę. Usłyszałam:

„Cebularza? Co to jest? Znowu tęsknisz za swoimi preriami? Bądź cywilizowana, kup sobie drożdżówkę z kruszonką!”

Tak też zrobiłam, kupiłam i nawet ją zjadłam. Nie wiem, jak Wy, ale czuję się naprawdę wielce cywilizowanym człowiekiem. Nareszcie. Wreszcie. Ha, cywilizowany człowiek z pierwszym doświadczeniem.

Ja już nawet wiem o co chodzi z tym cebularzem. Wszak pierwsze skojarzenie dotyczące tego placka, i do tego słuszne skojarzenie to po prostu cebula, przez którą śmierdzi się, płacze, przez którą babrać się niemiłosiernie trzeba, i do tego u pań może rozmazać się makijaż, oczy zapuchną, zaczerwienieją okrutnie – tutaj nie ma godności, oj nie ma. Jedzenie cebuli także cywilizowane nie jest, wszak pośmierdywać może z cywilizowanej buzi, w cywilizowany ząbek może kawałek cebuli wejść i co? Cała cywilizacja na nic! A kysz niedobra cebulo, a kysz Ty siło nieczysta, która chcesz zniszczyć całą cywilizację, która chcesz zdeptać cały system wartości. Ja już znam Twoje przebiegłe plany. Niedobra Ty! Wracaj na swoje prerie!!

Myślicie, że wróciła? Jeżeli ujrzycie ją na jakimś straganie w dzień targowy, bądź w sklepie w dzień powszedni, to zgłoście to policji. Zapobiegnijcie tragedii cywilizacyjnej.

Tak czy siak, najważniejsze, że mam za sobą swój pierwszy cywilizowany raz – zjedzenie drożdzówy z kruszonką. Cieszy to, oj cieszy ;]

Reklamy

Wracaj!

Wierzę w krainę zwaną Bucikowo – naprawdę, tam zbiegają wszystkie te nieszczęśliwe buty, tam uciekają te, które muszą się męczyć z za dużą stopą, z krzywą stopą, ze stopą z długaśnymi paznokciami.

Tyle, że nie rozumiem, czemu moje tam chcą uciec? Próbowałam to pojąć, na próżno, jednak zrozumiałam jedno, że moje buty nie spoczną, póki się tam nie dostaną. Niestety, to, co wyprawia moje obuwie robi się coraz bardziej niebezpieczne i zagraża mojemu zdrowiu, a przede wszystkim opinii społecznej.

Ale od początku, otóż pewna Sandra Bullock cokolwiek zrobi w komedii to będzie urocze i cudne, spodoba się mężczyźnie i swoją niegramotnością rozkocha w sobie jakiegoś uroczego amanta! Tak samo się dzieje z Meg Ryan – są słodkie w swojej nieporadności! Wszyscy je kochają, rozumieją i nikt się z nich nie śmieje. A jak już się ktoś śmieje to tak, jakby chciał ją po prostu przytulić.

I ja się pytam, czemu jak mi się przydarzy coś iście z komedii czarnego humoru to wszyscy, którzy akcję takową widzieli chichrają do nieprzytomności, i wszyscy Ci, którzy o niej słyszeli śmieją się do rozpuku?

Wierzę w Was, że Wy mnie zrozumiecie i dostrzeżecie we mnie taką słodką Sandrę, bądź Meg!

Otóż pewnego uroczego dnia wsiadłam do autobusu, jadę sobie spokojnie, czas wysiadać, ale cóż zauważyłam? Że na ulicy wielka kałuża, a ja w swoich klapeczkach wszak do niej nie wejdę, więc postanowiła mądra głowa ją przeskoczyć, co to trudnego ze schodka autobusowego wskoczyć na chodnik. Jak pomyślałam, tak też zrobiłam. Ups, nie wyszło.

Przypadkowi ludzie na przystanku wydali ogromne salwy chichotu, tylko mi do śmiechu nie było, bo oto (nie, nie wpadłam do kałuży) przeskakując kałużę sprawiłam tak, że jeden klapek został w autobusie, a ja na chodniku stałam w drugim…

Autobus odjechał, a we mnie się zaczęła gotować krew, ale nagle pojazd się zatrzymał, drzwi się otworzyły, tylko pary buchającej i Shah Rukh Khana brakowało i z autobusu rzucono we mnie klapkiem… I znów zamiast pocieszających śpiewów usłyszałam schizofreniczny śmiech przechodniów…

Moje buty mnie nie kochają, wychodzę przez nie na idiotkę… Ale naprawdę nie trzeba było mnie uszczęśliwiać tym rzutem buta we mnie, wszak w torbie miałam kilka par zapasowych. Latającym butom mówię stanowcze niet! Tyle, że gdzie Ci mężczyźni, amanci wielcy, którzy docenią nieporadność, niegramotność i zamiast się śmiać wspomogą, usłużą?

wyznanie

To jest straszne, ale wreszcie muszę to przyznać przed sobą i zrobię to, choć będzie mnie to kosztować zbyt wiele. Przyznaję, moja orientacja wisi na włosku, ba, ja jej po prostu nie mam, nawet nie chibocze skalana wiatrem, nic jej nie dotknie, nie zmieni, bo ja jej po prostu nie mam, nie dość, że ustalenie kierunków, wszak jest ich tak dużo, bo aż dwa, że nie sposób zapamiętać, staje się trudne i niemożliwe to jeszcze powoduje u mnie wielką konsternację i wypadanie włosów.

Pytania typu gdzie mogę znaleźć daną ulicę, albo jak dojść do bloku numer 17 stają się problemami na światową skalę. Na swojej dzielnicy muszę ściemniać, że ja tu nie mieszkam, więc nie wiem, gdzie znajduje się blok, w którym o dziwo jestem zameldowana, w którym mieszkam, śpię, jem – tłumaczenie komuś, jak ma do niego dojść to istne szaleństwo, wymaganie cudów ode mnie.

Na szczęście, w ciemnych uliczkach, w różnych zakamarkach znajdują się Oczłowieki! To taki rodzaj ludzi, na widok których buzia sama się uśmiecha, oczy błyszczą z podekscytowania, nadzieja i wiara powraca, a przybysze z miast odległych czują ulgę, czują radość, że nie jest wszystko stracone – Oczłowiek ratuje wszystko, wystarczy tylko zawołać o człowiek! Podejść do niego i zapytać o drogę, tacy zawsze wiedzą, znają się na kierunkach, potrafią wszystko dokładnie wytłumaczyć, po prostu Oczłowieki wszystkowiedzące są, pojawiają się znikąd, nie wiadomo kiedy, nie wiadomo jak – ale zawsze służą pomocą, zawsze nakierują na dobrą drogę.

Więc, gdy mnie zapytasz dokąd masz iść, a ja odpowiem Ci skręć w prawo, a pokażę ręką lewo – podążaj za tym, co pokazałam, za wizualnym przedstawieniem prawdy oczywistej, albo poszukaj Oczłowieka. Wyczekuj go, pojawi się, wyskoczy z ciemnej uliczki, on wie, że drogi nie znasz, pomoże, wskaże kierunek – chwała za to oczłowiekom!

panie Edwardzie!!

A bo ja bym chciała, zaraz, za chwilę, tak prawdziwie, na długo, może na zawsze – z chlebakiem i gitarą w zupełnie niewyobrażalne ruszyć. Marzy mi się poczucie tej całej jaskrawości, zobaczenie jej, o panie Edwardzie, cóż pan ze mną uczynił?

Zanurzyć się delikatnie w czasie, popłynąć szaleńczo przez życie, pchnięta lekko przez wiatr, prowadzona przez liście, karmiona przez zboże, otulana przez słońce, uspokajana przez deszcz. Ze Zjawą Realną śpiewać piosenki, po ciężkiej drodze, co kamieni wiele miała, przy Gałązce Jabłoni odpoczywać, przy Gałązce Jabłoni, z którą położyć się można wieczorem i obudzić się rankiem. Oprzeć się o drzewo ubrane w korę elegancką, oprzeć się tak subtelnie, by nie jęknął żaden słój drzewa.

Ganiać się z chochołami, które w sadach targa za łono wiatr, poczuć w skroniach wiecznie nienasyconego morza łoskot. Poszukiwać różowych biedronek i gwiazd, co świecą, bo chcą, same, bez przyzwolenia nocy. W płuca zamiast powietrza nabrać świetlików, które to rozświetlą moje czarne myśli. Złapać kilka świerszczy, by nocą nuciły kołysanki lekkie.

Spokojnie dać się przytulić Księżycowi, poczuć na ustach smak spokoju, ciszy, takiej niezmąconej techniką, zachłysnąć się lasem nieobrobionym ręką. Stać się melodią wiecznie żywą, i zrzucić z siebie te opary miasta, rozebrać się z pośpiechu, zedrzeć z siebie to, co we mnie niewykonalne, wyrzucić ludzkie gadanie niepotrzebne, rozbić kamienie konwenansów, zmieść kłamstwa walające się po ulicach, zdjąć uśmiechy nieprawdziwe – poczuć Nieogarnione, Niewyobrażalne.

Chciałabym.

Więc widziałem za oknem całą jaskrawość,
ale ciągle nie mogłem określić tego uczucia,
jakie odczuwałem, że widzę to wszystko:
całą jaskrawość.
Nie smutek, nie beznadzieja, nie strach,
nie przerażenie, nie obojętność i nie radość,
nie nadzieja, nie spokój i nie zachwyt,
nie uniesienie, ale co?
Co rozlewało się po mnie, jakie uczucie,
że dożyłem tej chwili, żeby dojść do tego
miejsca, żeby zobaczyć całą jaskrawość?

Panie Edwardzie, ‚Fabula Rasa’ już odłożona, panie Edwardzie niech pan wybaczy słowa niepojęte.

jak Marilyn Monoroe

Podpuszczałam dziś wiatr, by choć raz poczuć się jak Marilyn Monroe, podpuszczałam usilnie, by tańczył z włosami, wirował, szamotał się z nimi na przemian – drapieżnie, dziko i cicho. Sukienka już po zejściu ze schodów podrygiwała wesoło w rytm pulsującego chodnika. Kokieteryjnie lekka i zwiewna kroczyłam przez miasto, zastanawiając się, jakby to było cudownie poczuć pod swoimi stopami, pod swoimi obcasami puchaty, czerwony dywan.

Słońce próbowało się przebić przez ciemne okulary, chciało zajrzeć w oczy, otulić spojrzenie blaskiem, dodać otuchy. W głowie kłębiła mi się myśl, że ‚wolałabym w tej chwili, by mnie Mickiewicz chciał całować, niż gdyby mnie chciał słuchać’.

Niebo całkowicie pozbawione zachmurzeń, sprzyjało mojej lekkości, skrzydła motyla grały mi fanfary, ptaki kwiliły – czas kolorów, czas zieleni, czas pięknej scenerii, w którą się w swojej iście białej sukience i w swoich srebrnych bucikach wpasowałam. Jak Marilyn Monroe rozdawałam ponętne uśmiechy wystawom sklepowym, zalotnie spoglądałam na szybę autobusową. Rzęsy ubrane w czerń poruszały się delikatnie, pełne wrażliwości i subtelności.

Otulona zgiełkiem myśli weszłam na salę, usiadłam wygodnie na krześle, zakładając nogę na nogę i zaczęłam odpowiadać na pytania, które mi zadano – dyrygowałam słowami, tańczyłam z nimi, nasycona ostrą wiedzą, mająca smak dat i faktów na wargach, szłam lekko po gruncie dość sprężystych mych wniosków, wniosków niekiedy ozdobionych kamyczkami zielonymi, pokrytych puchem białym, słowo za słowem uderzało w otchłań sali, zdania jedwabiście toczyły się z moich ust do uszu wytężonych, zaciekawionych, zgadzających się na taniec z moimi zdaniami, ja prowadzę, bez deptania, szturchania, lekko, ale pewnie – wytańczyłam tytuł licencjata. Czuję pełnię radości i nasycenie wszelakie.

Wytańczyłam to wszystko w białej sukience Marilyn Monroe, podrygującej w rytm pulsującego chodnika. Jak miło czasem podpuścić wiatr, wiejący wiatr. ;D

mała trauma

Buciku na obcasiku! Przesłuchuję Cię, na miłość boską, przyznaj się dla kogo pracujesz, z kim współpracujesz!! Buciku na obcasiku, kto Cię namówił do zdrady swojej pani, pani, która parę dni temu podarowała Ci nowe, nowoczesne, cudowne, pierwszej klasy fleki? Buciku na obcasiku przesłuchanie trwa, nie wywiniesz się, powiedz wszystko – inaczej będziesz cierpiał! Wyrzucę Cię na śmietnik bez żalu, zobaczysz, nawet łezki nie uronię i jedyne za czym będę tęsknić to za niezakupionymi żelkami i jedyne, co bym chciała cofnąć to tę chwilę, kiedy to zaniosłam Cię do szewca, by Ci fleka przybił, fleka, który kosztował mnie 14 paczek żelek!!

Buciku na obcasiku! Kto Cię namówił, kto Cię przekupił, dlaczego Ty, dlaczego mnie, dlaczego dziś?

No właśnie, a zapowiadał się uroczy dzień naprawdę, taki bez narzekania, bez marudzenia, wszak dziś ślicznie zdałam najtrudniejszy egzamin studiów językowych – bo ten praktyczny (wcale nie był trudny dla mnie, ale co ja Wam będę mówić, że był łatwy ;p) i tym samym zakończyłam sesję, oddałam indeks do dziekanatu, mogę spokojnie wyczekiwać dnia, w którym to przystąpię to do obrony mojej mądrej pracy licencjackiej.

I z taką radosną myślą, cała w skowronkach, po pochwaleniu się kilku osobom swoim zacnym wynikiem egzaminu, chciałam wrócić do domu, by zrzucić z siebie elegancję i włożyć na siebie wygodę i sport. Idę, sobie, idę, bach! But za mną! Się przylepił, czy co? Nie, miał lepszy i dla wielu przechodniów zabawniejszy pomysł – bo uwierzcie mi ja w tym nic zabawnego nie widziałam, nadal nie widzę. Otóż mój prawy but postanowił się rozwalić, postawowił, że paski nie będą już złączone z podeszwą – klapa, się rozleciał bucik całkowicie, znaczy ja wiem, że zrobił to celowo, wszak widok dziewczęcia idącego boso po chodniku to istna atrakcja, chodniku, który parzy i syczy – ała – asfalt boli!

Tyle, że ja latałam od kiosku do kiosku, szukając tej przeklętej gazety z japonkami, ludzie oczywiście patrzyli na mnie jak na głupią, nie wiem o co chodzi. Ha, w trzecim kiosku – znalazłam – cudowne byle jakie gumowe japonki!! Japonki o numerze 37 – cóż robić, wzięłam te! To nic, że całe pięty wystawały, to nic, że wyglądałam, jak dziecko wojny, to nic, że nikt mnie nie zrozumiał, tylko komentował, że uciekła z psychiatryka, Wy nawet nie wiecie ile mnie kosztowało dojście do domu w takich butach, które to po pierwsze były za małe, o wiele za małe, po drugie, w których musiałam się ślizgać, bo inaczej by się rozwaliły, bo trzecie gorący chodnik ciągle o sobie przypominał!

A ludzie? Phi, nieczuli, naigrywać się z biednej ślizgającej się w za małych japonkach dziewczyny – to nieludzkie! I już wiem, że w torebce muszę mieć wszystko zapasowe i podkolanówki, i nawet buty!! Muszę ze sobą zacząć nosić torbę podróżną, łatwiej mi będzie pomieścić wszystkie zapasowe rzeczy. A co, drugi raz horroru takiego nie przeżyję.

Poza tym moje stopy przeżyły traumę, nie pytajcie, co z nimi, bo sama ich nie poznaję! Mam nadzieję, że wrócą niedługo do siebie…

No i nie wierzcie nigdy poczciwie wyglądającemu bucikowi na obcasiku, to zdrajcy, kolaboranci, żartownisie, ale nigdy Wasi sprzymierzeńcy!!

zuo!

Wierzcie, czy nie, ale drukarki to zło, zuo i w ogóle przekleństwo straszne. Nie dość, że są podłączone do pudła, którego mechanizmu nie rozumiem i się gubię, pudła zwanego komputerem, który to mnie nie lubi i życie mi uprzykrza, gdy tylko chcę skorzystać z jakiegoś programu, albo z czegoś, co internetem, bądź winampem się nie nazywa. Wtedy to komputer jest miły i sympatyczny, pozwala mi uruchomić jakiś programik, a potem chowa przede mną jakiś przycisk, coś, dzięki czemu mogłabym zrobić tabelkę bezproblemowo, albo jakieś inne cudeńko – jest perfidny, bezczelny i po cichutku się ze mnie śmieje, kpi, żadnego zrozumienia, żadnej wdzięczności!!

Niegodziwiec – a kto go myje? Kto go czyści? Kto wyciera z niego kurz? Kto do niego się śmieje? No właśnie – tylko ja! A on mi się tak odpłaca, razem ze swoją kumpelą drukarą – znaleźli sobie ofiarę i mają przy tym niezły ubaw. Gdzie się podziały te komputery, drukarki pełne wrażliwości, czułości do swoich właścicieli? No gdzie one są, gdzie się podziały, do jakiego domu trafiły?

Mam kumpla, i on klnie na komputer, ba! Czasem nawet go uderzy! I co? Komputer nawet nie zajęczy, spełnia wszystkie polecenia, a mój? Ani po dobroci, ani przy użyciu sił. To smutne i trochę przygnębiające, bo ja się naprawdę staram, daje z siebie wszystko, pielęgnuję go, otaczam opieką, dokarmiam, gdy jest chory, a gdy nie domaga wzywam specjalistę.

A co za to mam? Mapki wydrukowane na niebiesko, bo oczywiście drukarka z kompem spiskują i kolorowe mapki drukują na niebiesko. Świetnie.

Parę dni temu, wzięłam sprawy w swoje ręce, chciałam uzupełnić tusz w drukarce – ‚to nie może być trudne’ – pomyślałam, nie zważając na porę (po 24) i na to, że jestem sama i że w razie czego nie będę miała nawet możliwości wezwania kogoś, kto potrafi bez problemu ujarzmić tę moją bestię. Były 4 strzykawki i ten pojemniczek, który, jak sie dowiedziałam z instrukcji ma swoją nazwę – ciekawą, intrygującą, którą za cholerę zapamiętać nie mogę – kartridż. Nie zdziwcie się jak za parę chwil określę to jako kandridż.

Otóż strzykawki z tuszem to strasznie dołująca sprawa, naprawdę, pomimo, że miałam rękawiczki jednorazowe to i tak byłam cała w tuszu, nawet policzki były umazane. Nie wspomnę nawet o tym jak wyglądał pokój, jak wyglądał stół, obrus..

Najgorzej było z rozpoznaniem koloru w danej strzykawce – wszystkie takie same. Wołałam beznamiętnie i bez nadziei o pomoc, która i tak nie przyszła. Byłam tylko ja sama z tym jakimś przeklętym kartridżem i otworami wlewowymi. 5 otworów i strzykawki z tuszem, 5 otworów, z których wylewał się tusz, gdy próbowałam napełnić ten pojemniczek.

Wlewałam zgodnie z instrukcją, naprawdę, nic nie oszukuję, a to i tak się wylewało, a potem i tak drukowało na niebiesko, różowo, żółto. Masakra komputerowa, poległam totalnie. Smutne to.

Pod koniec już było mi wszystko jedno, więc zmieszałam kilka kolorów, wstrzyknęłam do jednego z otworów 3 kolory, ale to działanie nic nie pomogło, nadal drukowało na niebiesko. Nie wspomnę, że nawet igły pomieszałam, zuo wielkie te drukarki. Chciał pomóc bro poradził bym znalazła jakiś wskaźnik kolorów drukarki, czy stanu drukarki, nie pamiętam xD – skomplikowanie brzmiał ten esemes, wiedziałam tylko, że mój komputer czegoś takiego nie ma, po czym dostałam kolejną instrukcje, by szukać. Dzięki szukaniu udało mi się natomiast wydrukować stronę diagnostyczną, jestem z niej dumna! Własnoręcznie, sama wydrukowałam stronę diagnostyczną, nawet nie wiecie ile to szczęścia daje! Nie wiem po kiego mi ona, ale mam, może oprawię w ramkę?

Finał i wnioski takie: mapki niebieskie, drukarki to zuo, tusze to śmierdziele, a dodatkowo moja drukarka jest analfabetką, bo krzyczała do mnie: „karetka zatrzymana” – nie wiem, o co chodzi – kartka utkwiła, a ja chciałam ją wyciągnąć, a ta mi wyjeżdża z karetkami jakimiś…

Wielkie podziękowania dla pana Jędrzeja, dzięki któremu potrafię Was odesłać do innego bloga – łii ;D

  • Miesiące, tygodnie, dni

    Wrzesień 2017
    Pon W Śr C Pt S N
    « Paźdź    
     123
    45678910
    11121314151617
    18192021222324
    252627282930  
  • "pomóż wspomóż dopomóż wyjątku czuły odeprzeć tłumne armie reguły"
  • Ślad przeszłości

  • top trendi dżezi dżusi wpisy ^^